— A księżna wasza? — zapytał po małym przestanku.
Kanclerz zaniemiał, oczy spuścił — wzdychał.
— Księżna — odezwał się nierychło — nieszczęśliwą jest, bo małżeństwo to niedobre było dla obojga. Miłości nie było w nim i szczęścia nie ma. Obawiam się być prorokiem, lecz wkrótce pewnie straciemy137 panią pobożną, schnącą z tęsknicy i utrapienia. Niewiasty, co ją otaczają, złe są.
— Zawszeż trwają te piastowskie miłostki pokątne? — pytał Świnka. — W nich wszystkich krew niepomiernie gorąca, namiętności niepohamowane. Mało który nie wraca do pogańskiego nałożnic obyczaju, jako oto i węgierski król, choć nie Piast, co się Kumankami138 otoczył, że mu je gwałtem odpędzić musiano.
— Zgorszenia nowego nie ma — odparł kanclerz — ale stara ulubienica trwa na dworze. Tej by się zbyć powinien, bo niegodziwą jest i władzę ma. Ona to podobno przyczyną nieszczęścia pani naszej.
— I bezdzietność się też do zniechęcenia przykłada — dodał Świnka.
— A potomstwa nadziei nie ma żadnej — mówił kanclerz — nieszczęśliwa Lukierda, schorowana, jak cień chodzi, litość bierze patrzeć na nią.
— Onże jej dla niej nie ma? — zapytał nominat.
— Nie — odezwał się kanclerz po cichu. — Niecierpliwi się pono i zżyma. Biedny jest i nas, że patrzeć musiemy na domową dolę jego, nieszczęśliwymi czyni.
Po tej cichej rozmowie, gdy w jedynej izbie pościele kłaść zaczęto, kazał Świnka kanclerzowi też przy sobie się położyć, aby na zimnie i niewygodzie nocy nie przebył, co by staremu szkodzić mogło. Kląkłszy na wieczorną modlitwę, kanclerz mógł podziękować Bogu. Spokojnym powracał, zbliżenie się do Świnki przekonało go, iż istotnie w mianowaniu tym była boża łaska, gdy w chwili tej właśnie, męża ducha wielkiego wymagającej, on wchodził na stolicę.