— Cóż to jest? — podchwycił kanclerz.
— Chrześcijanin do wściekłości nigdy się nie powinien dopuszczać — dodał Świnka.
— Jak to?! — wybuchnął przybyły. — Miałby patrzeć obojętnie, gdy się takie zbrodnie dzieją?! Gdy niewinni cierpią męczeństwo?! Dusza musi poruszyć się i wołać o pomstę do Boga!
I ręce podniósłszy do góry, młody przybysz, jakby go ani przytomność obcych, ani dostojeństwo ich nie zdołało pohamować, począł, głos podnosząc, wyrzekać:
— Nie żyć już na tej ziemi! Nie patrzeć na taką szkaradę! Lepiej do obcych, na pustynię!
— Na Boga, upamiętajcież się! — przerwał Świnka. — Uspokójcie!... Kto wy jesteście? O czym mówicie? Twarz wasza zda mi znajomą!
— Ja też Miłość Waszą widziałem przed laty — odparł przybyły zawsze tym samym namiętnym i przerywanym głosem. — Byłem niegdyś na dworze tego pana, który się stał niegodnym imienia chrześcijańskiego książęcia. Jestem Michno Zaręba. Porzuciłem księcia Przemysława, nie mogąc patrzeć na jego obchodzenie się bezduszne z księżną, porzuciłem go, a teraz, teraz po świecie szukać będę dla niej mścicieli! Nie godzien jest siedzieć na tej stolicy i żeby go ziemia nosiła!
— Człecze szalony, śmiesz to mówić przede mną?! — przerwał mu Świnka z oburzeniem. — Gdybym świeckim był jeszcze, skarciłbym cię za to, bo szanuję pana tego.
— Szanujecie go, bo nie znacie, jak ja! — krzyknął Zaręba. — Nie byliście w kraju, nie wiecie, na co pozwalał, co się działo! Was to nie doszło, na co my oczymaśmy własnymi patrzyli.
— Nie sądź, abyś sądzonym nie był — podchwycił kanclerz. — Człecze, upamiętaj się!