Ksiądz Teodoryk milczał, głowę spuściwszy.

— Ale któż uwierzy w niewinność moją? — począł książę. — Nie żyłem z nią, była bezpotomną; powiedzą, żem ja chciał pozbyć się chorej, wstrętliwej niewiasty. Ojcze, mów!

Patrzał trwożnie.

— Jam ani słuchał, co mówić mogą, anim się chciał dowiadywać — rzekł ksiądz Teodoryk spokojnie. — Pospólstwo może pleść potwarze, ale cóż gawiedzi głosy ważą?

A po chwili dodał:

— Miłościwy Panie, aby usta zamknąć ludziom, potrzeba iść do kościoła. Musicie być na pogrzebie przytomni144.

Przemysław, jakby nie słysząc, rzekł żywo:

— Niech będzie wspaniały pogrzeb, najwspanialszy! Niech trwa nabożeństwo! Proście biskupa, mówcie duchownym, niech się modlą za nią!

Duchowieństwo ze wszystkich kościołów i klasztorów już zwołane — rzekł, uspokajając, Teodoryk.

Przemysław kazał sobie podać szaty uroczyste. Ubierał się, a raczej dawał się odziewać, drżąc jeszcze. Gdy wychodzić przyszło, rzucił się na ławę bezsilny. Ksiądz Teodoryk, widząc go osłabłym, wina przynieść kazał i zmusił go do wypicia pół kubka. Jadło przyniesione odepchnął.