Mówiąc to, Zaręba ciągle na Sędziwoja spoglądał, badając skutku swej mowy. Kasztelan nie pokazywał po sobie nic oprócz niepokoju i zniecierpliwienia.
Michno zmienił nieco mowę.
— Za długoletnie służby wasze nie możecie się wielkimi łaskami Przemysława pochwalić — rzekł. — Bolesław Pobożny was za życia uczynił ochmistrzem150 swego dworu, należało się wam już coś więcej niż kasztelania kaliska.
— Należało mi województwo — wyrwało się Sędziwojowi — nie komu, ino mnie. Stała mi się niesprawiedliwość!
— Przemysław wam nie sprzyja — dodał Zaręba. — Służba wasza idzie marnie.
Wtem przerwano im rozmowę. Zaręba zabiegliwy a nieustraszony, choć się zbliżała chwila przyjazdu księcia, wieczorem znowu powrócił do Sędziwoja.
— Cóż? Wy tu jeszcze? — zapytał go kasztelan. — Toć to szaleństwo! Gdyby kto ze dworu księcia nadjechał, a zobaczył was...
— Tego mi właśnie potrzeba — rzekł Zaręba obojętnie. — Mam tam dużo przyjaciół, których bym rad widział.
Sędziwój był nastraszony tym zuchwalstwem.
— Natkniesz się na kogo, co cię może wydać i kazać ująć! — zawołał. — Idź stąd na skręcenie karku, ja cię tu widzieć nie chcę! Idź!