— A Kościół go wyklnie jak łupieżcę! — zakończył gwałtownie arcybiskup.
Werner i tym się nie dał poruszyć.
— Już te czasy przeszły — rzekł — gdy ludzie od klątwy waszej umierali i gdy się jej lękano. Znajdziemy sobie księży, co nam mszę będą odprawiać mimo interdyktu158.
Arcybiskup zbladł słysząc te zuchwałe słowa.
— Nie wyzywajcie mnie — dodał groźnie — abym wam nie okazał, że anathema159 z tronu obalić może!
Tak się skończyła ta rozmowa i posłowie odjechali, księcia nie widząc, który chory w namiocie leżał. Po owym szturmie nieszczęśliwym reszta niedobitków musiała w mieście i po namiotach spoczywać i goić rany, bo ani jeden z walczących nie wyszedł bez nich, a wielu potłuczonych i pokłutych umierało.
Przemysław nie chciał odciągnąć spod zamku, dopóki on mu nie był zwrócony. Chciał być świadkiem, gdy wyciągnie załoga i zająć gród dla siebie. Dowódca Szwab, gdy odebrał rozkaz wyjścia z zamku, świetnie przybrał swe rycerstwo, chorągwie z orły czarnymi rozpuścić kazał szeroko, na czele postawił trębaczów i kotły i tak z triumfem, a urąganiem wyszedł, krokiem powolnym przeciągając koło obozu polskiego, którego żołnierze po namiotach się pozamykali.
Zamek, gdy z niego ostatni ciura i wóz ostatni wywlókł się za wrota, zostawując je otworem, przedstawiał obraz spustoszonego, jakby przez Tatarów, grodu, w którym nie pozostało nic, cokolwiek zabranym lub zniszczonym być mogło. Resztka zasobów po księciu Bolesławie, zapasy oręża, szat, żywności, sprzęt nawet Ślązaki uwieźli z sobą lub porozbijali i popalili. Brakło tylko tego, by wychodząc, ogień podłożyli pod ściany. Drzwi z zawias powyrywane, połamane okiennice, powybijane błony, pobrukane umyślnie ściany, porąbane i popalone słupy, szczątki naczyń potłuczonych, kupy gnoju po komorach świadczyły o złości ludzi, którzy tu czas krótki przebyli. Nie oszczędzono ani kaplicy zamkowej, w której ołtarz został nagi, bo z niej nawet krzyż srebrnymi blaszkami obity na wozy zabrano, ani zakrystii, z której szaty i bieliznę wzięto, a skrzynie porąbano w kawały. Kilka koni zdechłych ze zdętymi brzuchami leżało w dziedzińcu z mięsem przez psy powyżeranym.
Gdy Tomisław wjechał na ten zamek, który znał za lepszych czasów, rad był, że uprzedził księcia i co rychlej go oczyszczać kazał, aby przynajmniej w tym stanie Przemysław go nie oglądał. Jadący za nim ziemianie milczeli, a niektórym z nich z ust wyrywały się przekleństwa.
— Pomścimy się za to! — mówili.