W tłumie, który kościół napełniał, w ciemnym zakątku, na wschodkach i skrzyni jakiejś spięty, schwyciwszy się ołtarza, podnosił się mężczyzna lat średnich, ciekawie się przyglądając nowożeńcom. Na widok Ryksy ledwie mógł okrzyk powstrzymać. Niżej spinał się drugi, towarzysz jego, chcąc ją także zobaczyć.
— Słuchaj, Pawłek — szepnął, pochylając się, pierwszy. — Zepnij się no, zobacz! Toć cud! To druga żywa Lukierda! Oczom nie wierzę!
Nałęcz, gdyż on to był z Zarębą, niewiele zważając, na ołtarz się wdrapał. Stanął na nim, spojrzał i przeżegnał się ze zdumienia.
— Wiedział Bóg, co uczynił — szepnął Michno potrząsając głową. — Zbył się jednej, dał mu drugą, taką samą za karę.
To mówiąc Zaręba, jakby już dłużej patrzeć nie potrzebował, zsunął się ze wschodków i stanąwszy przy Nałęczu, począł mu w oczy patrzeć, jakby pytał: „Cóż ty na to?”
— Co tu moja licha zemsta znaczy? — zamruczał. — Pan Bóg sam się jej podjął!
Szeptali tak, ukrywszy się w kącie, gdy z kościoła orszak pański wyciągać począł z wolna, a za nim i ciżba na podwórce wyległa, aby się przypatrywać, jak para książęca szła po drodze suknem szkarłatnym wysłanej do zamku. Noc już była nadeszła. Smolnymi pochodniami oświecony zamek i tłum — weselny pochód do pogrzebowego czynił podobnym. Nie było nawet okrzyków wesela, tylko szemer jakiś złowrogi.
Zaręba ze swym nieodstępnym druhem, przebiwszy się przez klechów, którzy zalegali wnijście kościoła, mieli się wydobyć na podwórze, gdy Nałęcz dostrzegł, że kilku ludzi zbrojnych ukazywało ich sobie nieznacznie palcami i ruszyło się wnet, jakby w ślad za nimi iść chcieli. Znano rozgłośnie Zarębę z tego, że przeciwko księciu wichrzył i podburzał, że się do margrabiów brandeburskich i Ślązaków włóczył, spiski knował, na pana odgrażał. Czyhano, chcąc go pochwycić, od dawna. W mgnieniu oka domyślił się on niebezpieczeństwa, zaledwie czas miał szepnąć Pawłowi:
— Z dala ode mnie! Mają wziąć, niech jednego, nie dwu, biorą! Zostanie kto dla ratunku!
Rzekłszy to, śmiało, przebojem posunął się szybkim krokiem ku wrotom. Nałęcz, który się od niego odbił, ujrzał ludzi, co ich sobie ukazywali, po krótkim wahaniu puszczających się za Zarębą. Miał czas wszyć się w gąszcz ludu, ale go z oka nie spuszczał.