— Cóż się z nią stało?
— Różnie mnie uwodzili, że zbiegła nocą, drudzy, że po drodze głodem się morząc, zmarła.
Mówił to Krzywosąd, a z twarzy mu patrzyło, że sam temu nie dawał wiary.
— A ksiądz Tylon, a Przedpełk? Ci wiedzieć muszą, co się z jeńcami stało!
— Ni jeden, ni drugi nie chcą wiedzieć o niczym. Ramionami zżymają, rękami rozkładają i milczą. Dziewkę może gdzie schowali, a wydać jej za największy okup nie myślą.
— Przemka pytałeś?
— Wiedział, z czym przybyłem, i sam to zagaił. Odsyłał mnie do drugich i tylem widział, że pozbyć mnie się chciał co rychlej.
Tu Krzywosąd, pomilczawszy, dokończył:
— Nie taka to wielka rzecz jedna niemiecka dziewczyna, aby za nią czynić pogonie. Jestli gdzie, pewnie na wierzch wypłynie. W wojnie jeńców się nie doliczyć, a po drodze zawsze ich nie stanie tylu, co było w łykach.
Krzywosądowi pono ta jazda i tropienie już się naprzykrzyło, rad był do Niesłusza wracać i księciu radził, aby go nie strzymywał dłużej, bo choć czuł grodek bezpiecznym, wszelako diabeł i Brandeburczyk nigdy nie śpią.