— Jeśli wy mi nie zechcecie mówić o Lukierdzie — dodała — będę musiała wierzyć ludziom, co mówią.

— Cóż mam ci mówić? Co?! — wybuchnął książę gwałtownie. — Ludzie obwiniają mnie, plotą baśnie. Jestem niewinny i to tylko powtórzyć mogę. Jestem niewinny.

— Lukierda nie zmarła śmiercią swoją — odparła Ryksa. — Dlaczegóż ludzie was obwiniają? Skąd te baśnie? Co za pieśni o niej nucą?

— Pieśni? Głupia ciżba! Głupie pieśni! Co znaczą karczemne śpiewy!

Mówiąc Przemysław rzucał się i gniewał. Ryksa przypatrywała mu się, śledząc krok każdy.

— Powiedzcież wy mi prawdę — dodała. — Mieliście jakąś inną miłośnicę, to wiem. Nie rozumiem — wtrąciła z uśmiechem dumnym — żeby to ją miało wielce obchodzić! Wy wszyscy macie miłośnice, ale co żona i księżna ma z nimi?

Ruszyła ramionami, usta wydęła pogardliwie.

— Jakże śmiała jedna dziewka jakaś z księżną chcieć się równać? Prawa jakieś rościć? A wy, jak na to mogliście pozwolić?

— Wiecie wszystko — przerwał jej Przemysław z gniewem. — Po cóż pytacie mnie? Nasłuchaliście się już baśni na zamku, przyniosły wam je baby usłużne. Wierzcie im sobie, gdy chcecie.

— Ja właśnie prawdy chcę od was, aby nie być zmuszoną im wierzyć — odparła chłodno Ryksa. — Więc mówcie.