— U mojego woza — począł Zebro — znajdzie się chleb, mięso i beczułka. Co się mamy dobijać, gdzie odpychają.

— Mnie się zda, aby wozy zaprzęgać i do domu — odpowiedział Niechluj. — Lepszego się nie doczekamy, a i gorsze może być.

Stali jednak i przypatrywali się. Z wielkiej ludzi gromady tak wyłączonym być, nikomu niemiło, starym, nienawykłym do tego, tym boleśniej. Obu serce krwią nabiegło.

— Nie winniśmy nic! Do dzisiaj wiernym mu byłem sługą — mówił Zebro — ale z winowajcami jedno zawołanie mamy.

— Ja też — rzekł Niechluj — dziś mu się kłaniałem jeszcze, jutro, gdy żółć poruszy, nie ręczę.

— Mam być karan — począł Zebro — niech wiem, za co. Zemście dogodzę, bratanka mojego ścięto.

— I mego stryjecznego — mruknął Niechluj.

— Chodźmyż stąd! — dokończył Zebro.

Ruszyli ledwie z miejsca, gdy przechadzający się z łańcuchem i krzyżem na szyi ksiądz Teodoryk, jakby ich szukał, zbliżył się i pozdrowił. Przyjęli go chłodno.

— Czemu nie siadacie z drugimi? — spytał.