— Ja, ja, mój ojcze — odparł lektor — nie tylko litość dlań, ale miłość mam. Na wiele rzeczy oczy przymrużam, lecz smutno mi i biedno, gdy myślę, że on musi szukać roztargnienia w Rogoźnie! Ściągnie się tam do niego pewnie na zapust dużo ziemian wesołych, pałki sobie pozalewają, poczną się swawole... Panu nie tylko w nich być, ale patrzeć na nie nie przystało.
— Za surowi bo jesteście — mruknął Tylon. — Niechby to mówił arcybiskup albo ksiądz Wincenty, ale wy, co świat znacie!...
— Mój ojcze — żywo wtrącił Teodoryk — mnie na ostatek nie o zabawę idzie, ale się... boję!
Notariusz rozśmiał się tak serdecznie, szeroko, iż lektor zawstydzony się zmieszał.
— Boicie się o niego? Gdzie? Pod nosem? Na naszej ziemi? w Rogoźnie? Tam, gdzie go najlepsi otoczą przyjaciele?
— I gdzie najgorsi, bo skryci, wrogowie wcisnąć się mogą!
— No, no! — przerwał Tylon znowu z miłością wielką przypatrujący się swej pieczęci. — Słyszemy od lat wielu o tych Zarębach i Nałęczach, ale to gwar pusty. Porozłaziło się to po świecie, nie ma ich i znaku. Ci, co w domu zostali, do łask się wpraszają. Strachów sobie z tego próżnych czynić nie trzeba!
— Niech i tak będzie — rzekł Teodoryk. — Zawsze wolałbym zapusty w Poznaniu niż w Rogoźnie.
— Na wielki post powróci z nami śpiewać żale do Poznania.
Tylon, zamknąwszy tym niemiłą mu rozmowę, dodał pieczęć podnosząc: