Wśród tego szczęśliwego upojenia obojga, gdy nic nie zdawało się im zagrażać, książę Bolesław przybył ze swatami — z rozkazem, któremu opierać się nie było podobna. Opiekun miał władzę i powagę ojcowską. Dworacy natychmiast o wszystkim Minie donieśli. Przemko we dnie przychodzić do niej nie mógł, bo stryj miał nań oko, nocami wykradał się tylko. Gdy trzeciego dnia po przyjeździe Bolesława przybiegł do niej, przywitała go dzikim, złośliwym śmiechem.
— Cóż to? Żenić chce was ten poganin kaliski! Ten stary! — zawołała. — Ja tu drugiej nie zniosę, a biada tej, co mi się poważy...
Zacisnęła ręce. Przemko objął ją i ucałował, usta zamykając pocałunkami.
— Ty zawsze u mnie będziesz jedyna.
— Coś to ty, niewolnik stryja? Nie pan sobie? Co on ci tu ma do rozkazywania?
— Był mi ojcem.
— Na co ci żona? Ja nie dam ci z inną żyć i drugiej kochać! Ja tego nie chcę!
A gdy Przemko milczał, dodała ze złością dziecięcą:
— Przyprowadź sobie żonę, przyprowadź! Ja ją zabiję lub struję!
Przemko kłamał dla uspokojenia jej, że małżeństwo to może jeszcze nie przyjść do skutku, a gdyby go nawet zmuszono wziąć żonę, ona mu niczym nie będzie, zostanie obcą. Siedzieć będzie zamknięta w osobnych komnatach, a on z Miną żyć jak przedtem.