Lukierda strwożyła się i drżeć mocniej zaczęła, ale Orcha, podbiegłszy, za drzwiami usłyszała głosy niewieście. Był to nowy dwór księżnej, który się dobijał do swej pani. Na czele jego szła ochmistrzyni, zamaszysta i otyła, cała we wstęgach i galonach55, znana we dworze Niemka Berta, która za czasów księżnej Elżbiety dziewką przy niej była. Wyszczekana, zła, zazdrosna, chciwa, zalotna jeszcze, choć jej lat czterdzieści przeszło, pewna siebie, bo miała u Przemka łaski, parła się dumna, dopominając praw swoich. Mówiono o niej, że księciu się zasługiwała, mimo duchownych i wojewody, pomagając do pokątnych miłostek.

Berta już się znała z Miną. Szła do swej nowej pani uprzedzona przeciw niej, na piastunkę gniewna, że się jej tu wdzierała, wiodąc za sobą sześć dziewcząt służebnych dobranych tak krasą i zdrowiem, aby panią zaćmiły. Wszystkie one patrzały dziko, zuchwale, śmiało. Orcha chciała im wzbronić wstępu, gdy samowolna Bertocha poparła drzwi z całej siły i gwałtem wtargnęła do sypialni, poczynając od głośnej kłótni.

— Cóż to? Nie wiecie, że ja tu za rozkazaniem książęcym starszą jestem?! — krzyknęła biorąc się w boki. — Tu nie ma prawa nikt około pani mej chodzić, krom mnie i sług!

— Ja jestem jej piastunką!

— Nie dzieckoż ona! Piastunki jej nie trzeba! — roześmiała się Bertocha.

Spór wszczął się u drzwi, którego Lukierda płacząc słuchała. W obawie, ażeby jej piastunki nie odebrano, półrozebrana do drzwi pobiegła. Widząc ją nadchodzącą, dziewczęta ciekawie wyciągnęły szyje, wytrzeszczały oczy, śmiejąc się i mrugając. Bertocha stała wcale nieulękniona.

— Ja tu, nie kto, jestem starszą do usług waszych! — zawołała.

— Na Boga, zostawcież mi piastunkę moją! — odpowiedziała, płacząc, Lukierda. — Ja nikogo oprócz niej nie potrzebuję, słaba, odpocząć muszę.

— Możesz Wasza Miłość spoczywać — poczęła zuchwale Bertocha — my na obcych się zdać nie chcemy, nam tu usługa należy!

— Ona mi nie obca! Wyście obce! — z płaczem odparła Lukierda. — Idźcie! Ja rozkazuję!