— A! Co tam powie Bertocha? — ozwał się książę. — Możem wam nie piękną dał młodą panią? A co?
— O, Miłościwy Książę — przemówiła sługa — nie ma co przeciw niej powiedzieć! Piękna pani i młoda, bardzo śliczna, a co po tym, kiedy ona z mężem przystać jakoś do siebie nie mogą!
Pokręciła głową.
— Jak to? — pochwycił Bolesław. — Czemu?
— Albo ja wiem! Niech Miłość Wasza kogo chce pyta! W tym jest jakieś licho, czar jakiś, zadanie60. No, bodajbym ja nie zgadła, skąd ono pochodzi — ciągnęła, głos zniżając tajemniczo, Bertocha. — Ja, proszę Miłości Waszej, nie darmo lat tyle żyję na świecie; znam dużo i przeczuję.
Zbliżała się coraz do księcia, przybierając smętną a wielce zakłopotaną minę.
— Po co księżna tu z sobą przywiozła piastunkę starą? To jest czarownica! Z oczów jej to patrzy! Do kościoła nie chodzi, ziołami jakimiś panią poi!
Książę słuchał z obawą razem i niedowierzaniem.
— Tej baby się potrzeba zbyć koniecznie — szeptała Bertocha. — Ma swoją mądrość! Dziecka żałuje, dlatego od niej męża odpycha. Prawda, księżna słabowita, wątła, ale takim małżeństwo służy, a póki ona tu, nic nie będzie. Jam tego doszła, że ona ich z dala trzyma od siebie. Zazdrosna, zwyczajnie jak piastunka. Odstręcza ją od męża. Trzeba starą przepędzić, zaraz będzie inaczej.
Bolesław słuchał, niedobrze rozumiejąc. Bertocha, widząc, że go przekonać było trudno, tym mocniej zmagała się na dowody przeciw piastunce, że z niej wszystko zło było.