— Dobrze to ze mną — rzekł — com Waszej Miłości sługą, ale w innym turnieju, a w wojnie, losy niepewne. Daj Boże, aby tam was Niemiec jaki podtrzymał!

— Ty sam — odezwał się książę — gdy ci żal ten odejdzie, trzymać mnie będziesz. Dziś sierdzisz się i gniew ci rozum odejmuje. Potem ci serce do mnie powróci.

To powiedziawszy, wyszedł książę, a dwaj przyjaciele zostali sami i długo siedzieli milczący.

— Dawniej lepszym był — rzekł w końcu Zaręba — teraz mu się na wielkie państwo i dumę zebrało. Kto wie, przyjdzie może ze dworu iść precz, gdy wyżyć z nim będzie trudno.

— Precz? — zapytał powolny Nałęcz. — A toż, gdybyś ty stąd musiał i ja bym za tobą się powlókł. A dokąd-że?

— Albo to ich mało? — odparł Zaręba. — Młodym, rycerskiego rzemiosła a dobrego rodu ludziom wszędzie radzi. Leszek67 przyjmie, w Krakowie też powinowatych mamy, a i na Śląsku się znajdą, choćby i na Mazurach. W ostatku i u Mszczuja na Pomorzu.

— Gdzie ty pójdziesz, tam i ja z tabą — dodał Nałęcz — o tym nie ma co i mówić. Ale mnie tego zamku, a bodaj i księcia, żal będzie. Zawsze człowiek tu jak w swoim gnieździe się czuje.

— Prędko to gniazdo niewygodnym się nam stanie! — zawołał Zaręba. — Od czasu jak tę Niemkę wziął, a potem mu żonę dali, stał się Przemko innym człowiekiem. Widziałeś go przed chwilą, jak tu stał; rzekłbyś inny, a nie ten, com go nieraz, za kark chwyciwszy, dusił.

Rozśmiał się.

— Pójdę stąd — dodał bez namysłu — ciężko mi, nie strzymam. Wiesz czemu?