Z wielkim zapałem Zaręba począł dowodzić, iż oni we dwu powinni byli biedną prześladowaną bronić i czuwać nad nią.

— Księciu ona obojętna, nie patrzy nawet na nią, a Mina ją gotowa zabić!

— A cóż my możemy przeciwko babom? — odezwał się Nałęcz. — Gorzej będzie, gdy kto w obronie jej zechce stawać, bo i ją, i jego posądzić i skarżyć gotowi.

Zaręba wprawdzie nie wiedział, co począć i jak bronić, ale się zaklinał, iż gotów choćby szyję dać dla księżnej.

— Szyję dać to najłatwiej — szepnął Nałęcz. — Baby się o to postarają, byleś na zawadzie stanął.

— Niech się dzieje, co chce! — krzyknął Zaręba.

— A żeśmy pobratymy — dołożył spokojnie Nałęcz — rozumie się, co tobie, to i mnie.

Posprzeczali się, pogodzili i uścisnęli.

— Ha, ginąć to ginąć! — rzekł Nałęcz. — Nie także to słodka rzecz życie. Bóg z nim!

Siedzieli, gwarząc o tym do późnej nocy, a nazajutrz rano Zaręba już się kręcił podpatrując, co się działo około niewieściego dworu. Widział, że Mina latała wielce rozgorączkowana, naradzając się z Bertochą, lecz podsłuchać nic nie mógł.