Stały chłopięta nieme, jeden na drugiego patrzając92.
— Stęskniło się za światem żyć — rzekł starszy — dziad pozwolił jechać, siedliśma na konie i jechali nocą, lasami, manowcami, aż tu, aby wam uścisnąć nogi...
— A tu wojna u progu! — zakrzyknęła pani — o! dzieci moje! kto wie, co się stanie z nami, niechbyście się choć wy przy życiu zostali... Po mirach wszędzie chodzi burza, na gród się ludzie gotują...
Łamała ręce kneźna, a Chwostek mruczał.
— Nie będą śmieli! Poburzą się, pokrzyczą... na rozmowę przyjdą i zgodę zrobimy... a potem tych, co głowy podnosili...
Ręką pokazał do góry.
— Na dęby!
Stało się na zamku wesele właśnie, gdy najgroźniejsza nadeszła godzina. Cały dzień musieli poić się pociechą strachem zatrutą. Ledwie śmiech przyszedł na usta, trwoga go odpędzała. Słano ludzi na zwiady chyłkiem i co godzina wracali.
— Co słychać? — pytał Chwostek.
— Coście widzieli? — pytała biała pani.