Nad lasami, dolinami cisza była i ciemności; patrzali z wieży, tylko zorza po słońcu powoli gasła i w jeziorze odblask jej blednął. Chwostek powtarzał.

— Czerń plugawa!... nie będą śmieli!...

Wtem nad lasy, nad dolinami, zarumieniło się coś, na chmurze, która górą płynęła, trysła jakby plama krwista... i znikła... kłębami buchnął dym czerwony, a za nim płomię żółte wspięło się wysoko. Pierwszy stos zapalono...

Biała pani zbladła i oczy zakryła.

— Pastuchy ogień z chrustu zapalili... — rzekł kneź i śmiać się począł.

Wtem chłopcy krzyczeć zaczęli.

— O! jeden, drugi, trzeci...

Stosy z kolei zapalały się po górach, ogniste łuny odbijały na obłokach. Cały kraj usiany był dokoła wiciami. Chwostek się ruszył i krzyknął.

— Stos zapalić! niech znają, że ich się nie zlęknę...

Na kamieniach u góry leżała ogromna kupa łuczywa, pachołki wnet z węglami i żagwiami przybiegli, zapalono ją. Chwostek się uśmiechał. Biała pani nie mówiła, nic, skinęła na chłopców i poczęła schodzić z wieży. Dzieci za nią szły posłuszne.