Tu głosu jej zabrakło.

— A gdyby nas i dworu, i grodu, i wieży nie stało... mścijcie ojca i matkę... mścijcie życie całe na tym plemieniu jaszczurczym.

Chwostek mruknął.

— Nigdy stołba wziąć nie mogą... Prowadźcie Sasów, my wytrzymamy...

Rzucili się synowie jeszcze raz do nóg ojcu, do nóg matce, a potem szli posłuszni. Za kępą u grodziska czółen stał gotowy, Mucha i drugi silny chłop z wiosłami w nim siedzieli. Brunhilda weszła pierwsza, chłopcy skoczyli za nią, Chwostek patrzył z brzegu, czółen popłynął...

Jezioro całe od łun się paliło, a łódka po nim mknęła czarna i widać ją było zwracającą w zarosłe brzegi, w cień, aby się prześliznęła niepostrzeżona. Chwostek oczyma potoczył po okolicy długo, pogardliwie i do izby powrócił.

Późno w noc biała pani przybyła nazad, we łzach jeszcze po dzieciach; Chwostek już spał. Ona siadła u ognia, wpatrzyła się w węgle żarzące i tak nade dniem usnęła dopiero.

Nazajutrz rano pytano strażnika na wieży.

— A nie widać tam gromad zbrojnych?

— Nie rusza się nic! nie widać nic... cicho wkoło i spokojnie.