Nad wieczór począł pożar przygasać. Gromady położyły się na horodyszczu pod stołbem i spoczywały — daleko od wieży, gdyż z niej ciągle strzały, kamienie i belki ciskano, które ludzi jak słomę gniotły...
Myszkowie ze starszyzną siedli kołem i radzili.
— Co począć ze stołbem i z nimi? Ogniem ich nie pożyć, bo kamień mu się nie da; siekierami i młotami nie rozwalić grubego muru, ptakiem na wierzch nie zalecieć, myszą się i kretem do niego nie podkopać, bo głęboko w ziemi siedzi... a ma go być tyle drugie pod nią co na niej...
— Głodem ich jednym weźmiemy, ludzi nie tracąc na próżno — rzekł Krwawa Szyja. — Położym się obozem dokoła. Strawy na miesiąc mają, leżeć będziemy dwa, mają jej na dwa, posiedzim dłużej... póki ich nie wymorzym do szczętu... Im więcej ludzi się zamknęło, tym głód ich prędzej wydusi... Gromad rozpuścimy połowę, dość będzie nas, by im nie dać wyleźć z jamy.
Stało się, jak rzekli, część kmieci ciągnęła do domu, druga się położyła pod wieżą, na grodzie i nad brzegami jeziora. Myszkowie zabierali się do jadła, gdy gromada ludzi z bliskiego wyjechała lasu, stanęła na wzgórzu rozpatrując się około spalonego grodu i z wolna podjechała ku starszyźnie. Gdy się zbliżyli, poznano Bumira i innych, którzy z Leszkami trzymali i do ich krwi należeli. Nie poszli oni na ogniste wici, tak samo jak Miłosz i jego ród. Bumir, przyjechawszy blisko, z konia nie zsiadł, skinął głową na Krwawą Szyję.
— Pogorzeliskoście zrobili z kneziowskiego dworu — rzekł powoli — a gdzież Pepełek?
Myszko śmiejąc się na wieżę wskazał. Bumir głową trząsł.
— Wszystkich Leszków przeto nie wygubicie — odparł — zostanie nas tu do rodu należących po trosze!.. Czego od nas chcecie?
— Od was? Abyście siedzieli cicho... i panować nam nie chcieli — rzekł Myszko.
— Cóż to? Stara wilcza swoboda wam w głowie? a Niemców ino nie widać i jednego zrzuciwszy, posadzicie drugiego kneziem.