— Bywaj tu!
Pobiegli wszyscy, Doman się był, na łokciu spierając, podniósł blady, ale przytomny, i pić prosił. Jaruha mu jakiegoś gotowanego napoju przyniosła, który pochwycił chciwie. Oczyma powiódł po izbie, brata poznał, a obcego zobaczywszy spuścił oczy. Ręką uciskał piersi, jakby mu co zawadzało. Myszko stał nad nim.
— Widzisz — rzekł — z koniam padł... i na mieczyku się przebiłem...
Nie śmiał oczów podnieść.
— Myślałem, że mi koniec przyjdzie... ano, jeszcze żyję...
— A to ja wam krew zamówiłam, proszą miłości waszej — wtrąciła Jaruha. — gdyby nie ja! hę! hę!
— Co wy tam uradzili, Myszku? — spytał, odwracając rozmowę.
— Dziś z tobą o tym nie gadać, kiedy leżeć i lizać się musisz.
— Wyliżę się... — rzekł Doman. — a nie chcę, abyście mnie zapominali, jeśli co do roboty macie... Nie ja, to bracia pójdą i ludzie... Byłem chodzić mógł, nie zaśpię doma... Człek najprędzej wydobrzeje, gdy na konia siądzie...
— Nieprędko wam o koniu myśleć — przerwała Jaruha — krew by się znowu puściła, a jakby mnie nie było do zamówienia...