Nim do siebie przemówili, nim ci się mu pokłonili, nim on im oddał pozdrowienie, nim słowo zamieniono, już sobie wzrokiem z obu stron wszystko to niemal powiedziano, co na sercu leżało.

Kmieciów oczy mówiły, że ze skargą szli i z żalem, pewni swojego prawa — wzrok knezia szyderski i gniewny odpowiadał wręcz, że ich precz odepchnie.

Tak czasem w lesie, dzikich zwierząt dwoje, nim się rzucą na siebie, oczyma się mierzą, odwagę sobie chcąc odebrać nimi.

Szli. — Na przedzie gromady starszy z Myszków postępował, średniego wieku mąż, wyrosły jak dąb, ramion szerokich z głową kudłatą i brodą czarną rozwianą. Rękę trzymał za pasem, a u pasa toporek miał i mieczyk. W niego patrząc jak na wodza, szli inni.

Gdy się wreszcie przybliżyli do przedsienia, Myszko trochę głowy pochylił, kołpaka dotknął i ręką pozdrowił. Kneź ledwie się ruszył, już mu gęba z gniewu drżała.

— Myśmy tu do was przyszli — odezwał się Myszko — po sprawie, po starej kmiecej sprawie. Chcecieli40 nas posłuchać?

— Mówcie... Słucha się przecie wszystkiego: i kruków, gdy kraczą, i puchaczów, gdy huczą, i psów, gdy wyją. Posłuchamy i waszego głosu.

Myszko po swoich rzucił okiem i zobaczył, że stali niezlęknieni wcale.

— Źle z nami poczynacie — odparł — równając nas ze zwierzęty, ludzieśmy przecie jako wy.

— Jako ja? — rozśmiał się kneź. — Toście wy źle poczęli, bo ja tu równych nie znam krom41 mojego rodu.