Kneź i żona pomiarkowali też, iż nie czas było się srożyć, gdy lud co chwila potrzebnym być mógł dla obrony.
I tak jak za owych czasów bywało często, wnet po srogiej karze, nastąpiło przejednywanie — kazano dla pobitych wytoczyć beczki z piwem i baranów im parę kneź posłać kazał. Tak radziła biała pani. Jęczący jeszcze powlekli się do kadzi, czerpać z nich poczęli i grzbiety posieczone wycierając, śmieli się jedni z drugich. Smerdowie tymczasem z resztą czeladzi połamane wrota na nowo stawili, hać i most opatrywali.
Na ławie w izbie leżał Chwostek, który padając na dyle, także sobie utłukł kości — jęczał i przeklinał. Nad nim siedziała biała pani i patrzała nań z pewnym politowaniem, a niemal pogardą.
— Sameś sobie winien, miłościwy panie — mówiła — trzeba mnie słuchać było. Inaczej by się to skończyło. Poprosić ich było uprzejmie do izby, posadzić za stołem, a mówić do nich słodko. Tymczasem by straż u wrót stanęła, zająłbyś46 ich jak ryby w matnie. I lepiej jeszcze... lepiej jeszcze, wodzić ich było obietnicami, udać powolność, aż by Sasi nadeszli, a nie śpieszyć z wojną.
Tu po czole go uderzyła białą ręką.
— U ciebie miłościwy panie, więcej siły w ręku niż w głowie. Ja słaba niewiasta jestem, ale prędzej bym to plemię zdradliwe pożyła47. Słuchajcie mnie.
Kneź jęczał i przeklinał.
— Co teraz poczynać?
Namyśliła się nieco Brunhilda.
— Ściągać trzeba, a przyjaciół jednać. Naraziłeś sobie stryjów porywczością, synowców, cały swój ród, gotowi i oni się do kmieciów przyłączyć, tych zyskać na powrót pierwsza rzecz.