U wszystkich ognisk razem rozpoczęły się te skoki, a wnet potem z ogniem pogony5. Z pozapalanymi żagwiami, których ogień w biegu nie powinien był zagasnąć, obiegano posiane zboża, barcie, łąki, wołając Kupały.

Na niebiosach, jakby spod zasłon przypatrując się ciekawie temu, co się działo na ziemi, szła zorza wieczorna całować się ze wschodzącą jutrzenką... noc zaledwie przysłoniła lasy, a już dzień świtał za nimi.

Teraz rozpoczynało się picie i ucztowanie około ognisk, wśród wesela i śpiewu.

W kółku swoim znużona już śpiewaniem i skokami siedziała Dziwa i w ogień patrzyła.

Sambor nad nią czuwał z dala, lecz ani razu, ni razu nawet okiem nań nie rzuciła. Chłopak, choć go kusili parobczacy do wyścigów i do picia, niewiele miał ochoty, kręcił się błędny, odchodził i powracał, wciąż na oku mając córkę gospodarza, a na pamięci Domana... Dziwa go zobaczyła tak stojącego na straży i skinęła na niego.

— Idźże do ludzi! — rzekła. — Idź się wesel z drugimi!

— A wy... Dziwo! — odparł Sambor. — Czemuż wy chodzicie chmurno i smutno?...

— Ja... — poczęła cicho dziewczyna — ja! Bo moja dola inna niż wasza! Choćbym chciała, weselić się nie mogę... Czego oczy nie widzą, to serce czuje, a gdy serce smutne, trudno być twarzy wesołą...

Podniosła oczy do góry.

— Za lasami, za górami — mówiła jakby do siebie — łuny płoną... inne łuny... Śpiewy słyszę, nieweselne... szumią bory... tłumy ciągną, żagiew w jednej, miecz w drugiej dłoni... Woda się w krew przemieniła, białe lilie poczerniały... Hej! hej!..