Miłosz z Żułą zsiedli ze swoich i poczęli do chałup na palach wołać o przewóz, ale tu nie było nikogo, wszystkie czółna poszły z innymi na Lednicę. Czekać więc musieli i stary na ziemi siadł. Nadciągający kmiecie wnet go otoczyli, ale ku nim ani spojrzał.
Tu gwar był w gromadkach wielki. Starszy Myszko z zawiązaną szyją, blady, bo mu się jeszcze rana nie zgoiła, przewodził między swoimi.
Do starego Wizuna po radę jechali i sami też tu spokojniej na ostrowiu i dogodniej niż na wietnicy, pomówić z sobą chcieli. Z drugiego boku stał z kilku Bumir, znany z tego, iż z Chwostem trzymał. Gdy Ścibor z Myszkami odeszli nieco od starego knezia, który z nimi mówić nie chciał, zbliżył się on do niego.
— Wy, kneziu — rzekł z cicha — nie myślicie pewnie z tymi kmieciami się łączyć... Co wam do nich! Ja trzymam z moim panem i z waszym rodem, ja człowiek jestem spokojny i Leszek też!
Miłosz na niego popatrzył.
— Jeśli trzymasz z tym zbójcą, co na grodzie siedzi, idźże precz ode mnie!
Ręką mu wskazał na pole.
Bumir się nie cofnął.
— Wy też, kneziu, z synowcem trzymać powinniście... Syna wam zabić kazał, powiecie? — no, tak! ale się synowie wasi podnosili na niego i odgrażali... Broni się i zając, gdy go psi biorą... Pozbył się Mściwoja i Zaboja, bo mu oni w żywe oczy powiedzieli, że z nim trzymać nie chcą, a przeciw niemu będą... Okrutny nie jest... a sam sobie szkodzić nie może...
Miłosz milczał pogardliwie, a Bumir mówił ciągle.