— A siły my na niego nie mamy — wołał Rudan — nie mamy...
— Siła się znajdzie, byle wola była — ozwał się stary, ubogo odziany Piast.
Potakiwali jedni, cześć wielka siedziała w milczeniu głowy pospuszczawszy.
— Cóż czynić? — pytali po cichu, patrząc sobie w oczy mniej śmieli.
— Cierpieć — mówił Rudan. — Nie wieczny on, synowie będą lepsi.
— Na to ich właśnie Niemcy zaprawiają u siebie, polując z nimi na Serbów — wtrącił inny.
— Czekać! — wtrącił inny — aby nas po jednemu, jak Wisza, wybito, a dzieci pobrano na gród, a ziemie smerdom porozdawano...
Tak różne głosy odzywały się ze stron różnych, nie było zgody. Bliżej siebie siedzący gwarzyć poczęli i naradzać się po cichu, bo się lękali już zwolenników Chwostka, aby ich na sztych nie wydali... Z cichego szmeru rodził się swar i wrzawa, i gwar taki, że jedni drugich nie słyszeli.
Myszki wołali, aby na gród ciągnąć i wywracać wszystko, knezia się pozbyć i innego sobie obrać z między kmieci. Rudan i jego druhowie odradzali.
— Niemców, Pomorców, Wilków ino nie widać — mówili — a oni nam straszniejsi od Chwosta. Zasłyszą, że się sami między sobą drzemy, że głowy u nas nie stało, nalecą i kraj spustoszą... Siedzieliby cicho. Dawno na nas zęby ostrzą. My ludzie od roli i od gęśli, a oni od krwi i żelaza... Łatwo im nas zmóc... Oni stoją pod jednym wszyscy, a my i jednego nie możem ścierpieć...