Więc gromada cała, co z Myszkami była, wołać zaczęła:
— Łado! Kolado! Łado!...
I cieszyli się, i w dłonie klaskali.
Inni milczeli... Wiec znużony ustawał na siłach. Wtem na skraju lasu ujrzano starego ślepca, którego małe prowadziło chłopię i oczy się ku niemu skierowały.
— Słowan! Bywaj! — zaczęto wołać. — Bywaj nam, stary, z pieśnią... Po dawnym zwyczaju...
Nasłuchując zbliżał się ślepy gęślarz powoli, po gwarze mógł już poznać, że się zbliżał do horodyszcza. Wszyscy mu radzi byli, orzeźwieli ujrzawszy go, niósł ze sobą woń prastarych dziejów i czasów.
— Witaj, stary Słowanie!...
Szedł w milczeniu, jak gdyby miejsce znał i pamiętał, wszedł przez wał, kijem sobie miejsce obmacał i usiadł na ziemi. Gęślę milczącą trzymał na kolanach i myślał...
— Spóźniłem się, spóźniłem — począł głosem złamanym, na pół śpiewnie. — Stare nogi źle już służą, drogi się powyciągały... A jaki by to był wiec bez wieszczka? A co by to za rada bez pamięci na stare dziadów zbory!... Orłom lecieć lekko górą, ślimak się powoli wlecze... powoli...
Uderzył po strunach, milczeli wszyscy... i śpiewał starzec powoli.