Z dala jakby śpiewanie słychać było, ale ochrypłe i smętne.
— To Jaruha — ozwała się Dziwa.
— Gdzież się to ona tędy wlecze?...
Zamilkły. Z krzaków na polankę wysunęła się stara baba o kiju, z garnuszkiem na sznurku u pasa, z torbą na plecach, w płachcie na głowie.
Rękę przyłożyła do czoła i patrzyła ku nim, potem pociągnęła powietrze, jakby coś poczuła w bliskości, i oczyma dokoła rzucając zobaczyła dziewczęta. Podniosła ręce z kijem do góry i plasnęła.
— Dzień dobry! — zawołała.
— Gdzie to się wleczesz, Jaruho? — spytała Żywia.
Baba iść ku nim poczęła.
— A na Kupałę! Jutro Kupały! ho! ho!... Chłopcy się popiją, poszaleją, to mnie może wezmą za młodą dziewczynę, a niektóry pocałuje!
Baba podskoczyła śmiejąc się, podeszła ku dziewczętom i usiadła przy nich na ziemi.