Nagle zagadnięty parobczak, choć mu się niedawno twarz śmiała, posmutniał nagle. Oczyma niespokojnymi potoczył dokoła — zobaczył, jak mu się smerda przypatrywał ciekawie, ogarnęła go trwoga i padł przed starym na kolana.
— Ej! ojcze panie, po cóż mnie w niewolę dajecie? — krzyknął.
— Co za niewola — przerwał smerda. — Będziesz wojakiem. U knezia lepiej niż tu, a jak się spodobasz panu, kto wie, co będzie z ciebie.
Wisz po schylonej jego głowie ręką pogładził.
— Musi jeden iść za wszystkich... — rzekł. — Na ciebie kolej, Sambor.
Stara Jaga, opodal stojąca, ręce załamała, bo choć parobczak synem jej nie był, ale się w chacie wychował i jak dziecko własne go kochano.
Drudzy parobcy tym oznajmieniem strwożeni cofnęli się w głąb — opuściła ich wesołość. A tuż i smerda dłoń szeroką na ramię Samborowi położył, jakby go brał w posiadanie.
— Pójdziesz z nami — rzekł.
Podniósłszy oczy parobczak spotkał wejrzenie Wisza, skierowane ku niemu — które doń coś mówiło, coś, co oni tylko dwaj rozumieli.
Sambor się uspokoił i wstał, smutny jeszcze, ale milczący, nie narzekając już na losy swoje.