— Dokąd idziesz, stary? — spytał smerda.
— Albo wiem? — po świecie... — rzekł oślepły. — Z pieśniami idę od chaty do chaty.
To mówiąc, miejsce, na którym stał, począł kijem obmacywać i ostrożnie osunął się na ziemię. Gęślę złożywszy na kolanach, dumał. Pomilczawszy nieco, jakby życie jego pieśnią być musiało, jakby mu ona, nie wylewając się z piersi, nabrzmiewała w nich, jakby mu była tchnieniem... bez którego ostać się nie mógł, niezrozumiale, cicho, sam sobie nucić zaczął.
Milczeli wszyscy. Jeden z pachołków dobył z torby placek i położył go na rękach starego, który powoli do ust zaniósłszy, gryźć począł. Chłopak, który go wodził, poszedł do rzeki garnuszkiem zaczerpnąć wody.
Sambor siadł przy nim.
— Stary Słowanie — rzekł — na noc... zajdźcie do Wiszowego dworu... Tam was ugoszczą radzi.
— Na noc? do Wiszowego dworu? nie moimi nogami — rzekł ślepiec. — Nogi stare i starte. Dybię nimi powoli... jak ślimak się wlokę... A co ujdę kawał drogi, siąść i spocząć każą nogi. A do Wisza, do starego, daleko... daleko...
— Przecie wy tam zajdziecie — mówił Sambor. — A gdy u wrót staniecie, pozdrówcie ich tam od tego, co dziś ich pożegnał.
— Wy z Wiszowej zagrody? — spytał stary. — A któż z wami, a wielu... czuję ludzi dokoła? Chociaż oczy nie widzą...
Wtem smerda wtrącił.