— Wisz! Wisz!... — ciągnął dalej, przechadzając się po wystawie140, kneź — znam ja go, on się tam na puszczy sądzi kneziem141 i panem, a mnie znać nie chce...
— I bogaty — szepnął smerda. — Jaki tam wszystkiego dostatek! Ludzi, stada, dobytku, piwa i miodu... Kto go wie, może nawet kruszcu, srebra i złota! Ze wszystkimi kmieciami tak, miłościwy panie...
— Do czasu... — zawarczał kneź i usiadł na ławie.
Smerda poszedł spełnić rozkazy. Hengo też czekał na nie, nie oddalając się od sakwy swojej, na którą wiele chciwych oczu skierowanych było.
— Miłościwy pan aż jutro dopiero do siebie was przypuści — rzekł mu smerda po cichu. — Macie czas spocząć i język nagotować. Przykazał mi, abym was głodem nie morzył, a u nas też nikt z niego nie umarł, chyba w lochu pod wieżą... — dodał z uśmiechem. — Dziś — szepnął na ucho Niemcowi — dziś jego miłość ma chmurne czoło i oczy krwawe... Lepiej, że was na jutro odłożył... — Zbliżył się jeszcze bardziej do ucha Hendze. — Nie dziw, że trochę gniewny, wczoraj mu, słyszę, synowca142 przyprowadzili, który był zbiegł i z kmieciami się wąchał... Trzeba mu było, sadząc143 do ciemnicy, oczy wyłupić, aby szkodliwym nie był. Zawsze to swoja krew... i Leszek.
Smerda potrząsł ramionami.
— A i ludzi jego dwu musiano powiesić... Szkoda, zdaliby się na wojaków, zdrowi byli, ano niebezpieczne wilki...
Smerdzie czy się gadać chciało, czy sobie Niemca zaskarbiał, ciągnął dalej uwagi swoje.
— Niełatwe tu panowanie, lud niedobry... Z kmieciami nieustannie spory, ale ich po trosze kneź wytrzebi, karmi, poi... za język ciągnie... a w końcu...
Rozśmiał się dziko i spojrzał ku domostwu.