— A dalej?
— Z Leszków choćby do Miłosza... — mówił Doman.
— Tego synowi wyłupił on oczy.
Liczyli tak dwory, gość palec na ustach kładł:
— Krom214 nas dwu niech o tym nikt nie wie. Jedziemy na łowy.
— Jedźmy na łowy — ludzi waszych zostawicie u mnie, we dwu ruszymy, tak lepiej.
— Tak lepiej — dodał Wisz.
— Gdzież my wiec zwołamy, boć stanie na tym, aby się zebrał, dawno go nie było — rzekł Doman.
— Gdzie? Tam, gdzie on od wieków bywał — nowego miejsca ni szukać, ni znaleźć. Na Żmijowym uroczysku, nieopodal od dębu świętego i zdroju, w okopie na horodyszczu — gdzie ojcowie, dziadowie i pradziady się nasze zwoływały. Tam nam też stanąć wszystkim i radzić.
W oczy sobie popatrzali.