Wolę kneziowską przyjęto ochotnie, do oszczepów jęli się wszyscy. W chacie Mirszowej znowu naprędce skleconej z niedopalonych szczątków, gościł kneź-bartnik u starego zduna.
Stali tak dzień i dwa, a na trzeci wojewodowie przyszli się opowiedzieć, iż ludzie i oszczepy do pochodu gotowi. Czwartego rano ruszyć mieli.
We wszystkich ziemiach i gromadach z Leszków nie było nikogo, ani Bumir, ani żaden spowinowacony z nimi, na wojnę przeciw synom Chwostka ciągnąć nie chciał. Zostawiono ich w pokoju, krew swej krwi nie bije.
O świtaniu czwartej doby, gdy na obozowisku gwarno być poczynało, ze wzgórza od lasów ukazała się drużyna w kilkanaście koni. Bumir przodem jechał, a za nim Leszkowie.
Ściśnięci w kupkę posuwali się milczący, z pochmurnymi czołami, oczyma spuszczonymi, nie pozdrawiając nikogo. Nikt też ich słowem ni ręką nie witał. Obejrzawszy się wkoło, dojechali do chaty, przy której wojewodowie już na koniach stali. Tu zatrzymawszy się, zsiedli.
Czterej wojewodowie zmierzyli ich oczyma srogimi, ale Bumir też wzroku nie spuścił. Skinął na swoich i kołpaków nie zdejmując, weszli do chaty, w której Piastun za stołem siedział, chleb łamiąc czarny.
Stanęli przed nim rządem, Bumir na przodzie.
— Znacie nas — rzekł. — Leszki jesteśmy, dawni jak wy na tej ziemi ojczyce.
— A dziś kmieci jeszcze starszych na tej ziemi ojczyców nieprzyjaciele — odrzekł Piastun.
Bumir tchnął ciężko.