O kilka kroków postrzegł Doman głowę jednego z ludzi swych, który ostrożnie podniósłszy się z sitowia, podglądał i słuchał — kto się zbliżał.
Dokoła jakoś pusto było i w chwili, gdy Dziwa, uniósłszy nieco fartuch, puścić się miała uciekać, Doman przyskoczył, porwał ją w pół, podniósł od ziemi, a choć krzyknęła, wołając ratunku, biegł z nią wprost do czółna swego.
Ludzie już gotowi czekali. Przez wodę rzucił się ku nim, niosąc ją na ramionach łamiącą ręce, skoczył do czółna, które przymocowane było do dwóch mających je ciągnąć za sobą — i kazał odbijać od brzegu.
Dziwa oczy zakrywszy płakała, ale się nie wyrywała Domanowi, upadła na dno łodzi, osłaniając twarz ze wstydu.
Pierwszy jej krzyk znać posłyszała Nania, gdyż wnet zjawiła się u brzega, gdy już o mroku czółna ze trzcin i zarośli na czyste wody wypływały. Nie mogła dostrzec nic z dala, oprócz łodzi, które szybko uciekały. Stała więc słuchając i patrząc na próżno — gdy i stary Wizun, czegoś się domyślający może, nadążył.
Ten bystrym okiem wnet dopatrzył i odgadł, co się stało, i kij podniósł, grożąc do góry. Ale czółna pędziły, co starczyły wiosła i wkrótce znikły w mroku wieczora.
Nocą już Doman dowiózł narzeczoną do lądu. Płakała ciągle, milczała, ale się nie opierała temu, co za dolę i przeznaczenie swe uważała. Wiózł ją więc z sobą na koniu nie do własnego dworu, ale do chaty Wiszów, choć nic nie mówił jej o tym.
Z domu rodzicielskiego brać ją chciał, aby nie mówiono, że porwał dziewkę, po rozbójniczemu. Gdy nad ranem, zza łez patrząc, ujrzała Dziwa znaną okolicę, usta jej się rozśmiały, zapłakane poweselały oczy. Spojrzeniem cichym podziękowała Domanowi.
Ranek był jesienny, chłodny, gdy u wrót zagrody stanęli.
Na podwórku u studni czerpała wodę Żywia i bratowe, we drzwiach Ludek sposobił się wyjść na łowy. Gdy ujrzeli nadjeżdżających i poznali Domana wiozącego niewiastę z twarzą zakrytą, wszyscy się ku nim rzucili.