Choć wieczór nic już dostrzec nie dozwalał, stali tak jeszcze, patrzali ciągle na Wizuna i ku lądowi. Wtem na fali coś plusnęło.
Ryba to się rzuciła, czy człowiek ratował? Mrok widzieć nie dawał. Coś jasnego wystąpiło z fali i znikło. Poruszała się woda. Człowiek płynął powoli osłabły. Wizun z pagórka zszedł i zbliżył się ku brzegowi, tuż — oczy jego dopiero teraz patrzeć zaczęły, jakby rozeznać chciał.
Widać było ponad wodą głowę obmokłą, długim włosem okrytą... Pływak zbliżał się już ku wyspie. Jeszcze chwila a miał do lądu przypłynąć — lecz zdało się, że mu sił brakło.
Wizun sam rzucił się prędko ku wodzie — wszedł w nią po kostki, po kolana — ręce wyciągnął, topielec się zbliżał, rzucił ku niemu jakby wysiłkiem ostatnim i — za dłoń wyciągniętą pochwycił.
Starzec ciągnął go na suchy brzeg, ale już omdlałego. Nadbiegł posługacz — pochwycono go dyszącego jeszcze — lecz jakby uśpionego ze znużenia. Krew zgęsłą50 na nim widać było i rany sine... Wizun przyklęknął nad nim.
— Doman! Dziecko moje! Żyjesz ty? — zawołał.
Oczy się otworzyły tylko i zamknęły. Podniesiono go i na sukni, którą Wizun zwlókł z siebie, złożono na murawie — drugą opończą okryto. Stary klęczał wciąż przy nim. Z dala przypatrywały się niewiasty.
Dziwa, której imię Domana w uszach zabrzmiało — zbliżyła się też trwożliwie. Wizun zawołał na nią — aby podała ciepłego napoju.
Dyszał już ledwie topielec, mówić nie mógł— ale żył. Wizun schylony nad nim z wody go ocierał i dłońmi ogrzewał własnymi.
Ruszyli wszyscy do ratunku, stara Nania pobiegła też ziela zgotować, które by życie przywrócić mogło.