Wszyscy się dokoła na ostrów prosili, Doman, Ludek, Sambor, a wszystkich ich tam ciągnęła Dziwa, którą radzi zobaczyć byli.

— Ja bym rad jechał — rzekł brat Ludek — ale mnie serce zaboli widzieć tam siostrę rodzoną do ognia przykutą, gdy gdzie indziej by panowała doma... Nie pojadę... pozdrowicie ją ode mnie... A ty, Domanie?

— Ja pojadę — zawołał Doman — pojadę. Raniła ona mnie i krew moją przelała, ale gdym potem ranny i chory przypłynął, ratowała mnie i pielęgnowała.

— Pozdrowicie ją ode mnie! — powtórzył Ludek. — Ode mnie, od braci, od sióstr i ścian, i progu, i ogniska domowego.

Dobek nie rzekł nic, wzięto go na ręce i do czółna niesiono. Doman sam głowę jego położył na swych kolanach, Samborowi, który nogi otulał, zostawiwszy wiosło.

Popłynęli powoli. Noc była jasna, widzieli, jak w promieniach księżyca bogunki się po wodzie rzucały, jak z dala nad powierzchnią jeziora ich główki wyskakiwały niknąc, gdy się zbliżali, jak białe ich ręce nad wodą zbierały warkocze, z których krople spadały jasne; zdało im się, że śpiew ich słyszeli, a przypłynąwszy bliżej, znajdowali tylko zmarszczoną powierzchnię i wir, w który ją tanecznice wprawiły.

Pokazał się wreszcie ostrowu brzeg i drzewa, a nad chramem dymu słup czerwieniejący w oddali i chat czerwone okienka, a na łące obozy ludzi, co się tu przed Pomorcami schronili, a bitwę słyszeli tylko w wichrów szumie. Gdy czółen94 zaczął się zbliżać do brzegu, czekała nań ciekawa gromada, a wśród niej Dziwa, patrząca w dal, jakby się kogo spodziewała.

Doman pierwszy poznał ją, nim zobaczył.

— Ona stoi tam! — zawołał — Dziwa! Dziwa! któraż by inna wzrost ten miała? tak głowę niosła? tak królowała jak ona?...

Czółen się już zarył w piasek.