Do dębu, z którego dwoje oczów patrzało, głosy dolatywały jak fale, to szybsze, to silniejsze, widać było, jak podnoszono ręce, grożono pięściami, rwano się i rozchodzono... Jeden to drugi stawał na wyższym brzegu wału, aby go lepiej słyszano i stamtąd mówił, gardłował, często na sobie suknię i koszulę rwąc... Groźne wyrazy aż tu dochodziły. Dwoje jasnych oczu ciągle patrzało.

Parobcy, co na łące siedzieli, rozglądali się dokoła. Wtem jeden drugiego potrącił i rzekł:

— Zyrun! Patrz ino na stary dąb... na stary dąb...

— A co w nim? Dziupla sroga...

— Nie widziszże? Pod dziuplą, hen, dwoje oczów w dziurach świeci... jakby żbik patrzał na nas?...

— Nie patrz! To czary... dąb święty... kto wie, jaki duch z niego patrzy... i co jego wzrok może?

— To nie duch, ino zwierz! Albo żywy człek zaklęty... duchy się tak po dniu nie snują... — odezwał się pierwszy.

Wszystka czeladź oczy na dąb zwróciła, lecz większą cześć ogarnęła trwoga.

— Dąb stary... święty... co by tam w dziurze człek miał robić...

— To zwierz.