Jeden z kneziów schylił się nad nim pięść podnosząc.
— Psi synu — zawołał — gdy nasz gród palono, gdy naszych zabijano, tyś tam także być musiał, przewodziłeś może zbójom!
Drugi naglić począł, aby mówił, kto na gród prowadził, kto knował. Grożono śmiercią.
Doman, nic nie odpowiadając, na trupa patrzał niemy. Stali tak nad nim, to popychając go, to uderzając, to naradzając się z sobą, a chcąc koniecznie dostać języka. Lękali się może, aby ich znowu nie zaskoczono, ale nieszczęśliwy pan młody usta ścinał i słowa z niego dobyć nie było można.
— Myśmy kneziowie wasi! — wołał młodszy.
Doman dopiero głowę podniósł i popatrzał obłąkanym wzrokiem.
— Z waszego rodu żaden u nas kniażyć434 nie będzie! — zamruczał — niedoczekanie wasze. Wyście wrogi i zbóje, nie wam panować, gadzin plemię!
Przekleństwem skończył i zmilczał. Kazali go wlec precz i odeszli gniewni. Znęcali się Niemcy nad nim długo — ale ścierpiał wszystko. Związanego wraz z innymi poprowadzono do brzega — gdzie już gromada innych leżała.
Pod wierzbą Mirszową padł na ziemię wysilony. Ręce miał skrępowane, nogi wolne.
Wieczorem trup zabitej Mili sam leżał u brzegu. Doman pełznął do wody, gdy straż się pospała, rzucił się w jezioro i zniknął.