— Córuś moja, a to bym ci pomogła...

Dziewczę główką obojętnie rzuciło, ale stara weszła z wolna, na ziemi usiadła, nieproszona wzięła się do kupek leżących na ziemi i bardzo prędko i zręcznie składać je i wiązać zaczęła.

Milczała z początku, wpatrywała się jej w twarz, mrucząc coś niewyraźnie.

— O! o! — rzekła w końcu — ja bym tu na Lednicy nie wyżyła... Ciasno, cicho, świata nie widać, jak w kleci443...

Dziwa wiązała trawy i nic nie mówiła.

— Przy ogniu musicie się piec... dym oczy wygryza. Krasy waszej szkoda... — coraz żywiej i śmielej ciągnęła. — Wy się tu męczycie, dziewucho!... O! o! ja znachorka jestem, ja wiem wszystko i znam... i przez gzło444 widzę, co się w człowieku dzieje... Tak! tak!

Dziewczyna zarumieniona mocno spojrzała bojaźliwie.

— A cóż wy we mnie widzicie? Co? co?

— Coś ja widzę... coś... ono się dopiero zawiązuje... poczyna — mówiła dalej Jaruha — ale trawa byle z ziemi wylazła, prędko rośnie... Nie darmo tu dola znowu Domana przyniosła! Co komu przeznaczone, to nie minie...

Na wspomnienie Domana rzuciła się Dziwa, spuściła głowę ku trawom i przebierać je prędko zaczęła, a stara widziała dobrze, że co je układać miała, to mieszała coraz gorzej.