Ze wszystkich stron podwórza czeladź się zbiegać zaczęła.

Chwostka synowie niepewni, co się stanie, dłońmi tylko cisnęli miecze, ramię do ramienia się przyparli, twarze im pobladły nieco.

Przodem biegł stary smerda kneziowski, oczyma przerażonymi patrząc, co się z panem jego działo. Miłosz stał i drżał, rękę wyciągnął ku młodym i ukazując ich, wołać począł głosem zmienionym.

— Związać tych ludzi... i rzucić do lochu! do lochu!

— Nas! wiązać? — wrzasnął starszy rzucając się ku Miłoszowi — ty byś śmiał?

— Samiście szukali tego, oddaliście się mi w ręce, abym pomścił synów moich... Krew ich żąda waszej... Jeden z was zginie, oślepnie drugi.

Odwrócił się, ludziom nadbiegającym ręką ich wskazując.

— Związać ich!... do ciemnicy!

W mgnieniu oka czeladź się na kneziów rzuciła, ci barkami oparłszy się o siebie, dobyli mieczów i stawali do obrony. Wtem jeden z pachołków rzucił się na ziemię i za nogi chwyciwszy, obalił młodszego, drudzy za ręce ich już chwytali.

Powstał krzyk i wołanie. Związano obu mimo oporu leżących na ziemi.