Cesarini ramionami poruszył, udając obojętność. Obrócił wszystko w żart.
— Któż wie? gdyby sułtan Amurat opuścił Adrianopol i z całą swą tłuszczą powrócił do Azyi!!
Arkadiusz przymuszonym śmiechem odpowiedział, ale oczy jego nie schodziły z kardynała.
— A przewielebność wasza — rzekł — cobyście trzymali o pokoju?
— Ja, mój Arkadiuszu — odparł kardynał — z powołania, jako duchowny, jestem człowiekiem pokoju. Wszystko zależy od tego, czem go okupić potrzeba...
— Pogłoska ta jeszcze do was nie doszła? — zapytał Grek.
— Dotąd nic nie wiem — odezwał się Cesarini.
— Zdaje się jednak, że listy jakieś przyszły od Huniady do tutejszych panów — zniżając głos dodał poufnie gość, który nieśmiejąc siąść stał w uniżonej postawie. — Węgrzy sobie dosyć życzą pokoju... Wojna wszystkich znużyła, skarb wyczerpała... Króla do Polski wyzywają, podobno jechać tam będzie musiał, bo się w jego Polsce zawichrzyło... Skarb też wyczerpany, bo młody pan szafuje nim po królewsku, a nim miasta złożą pobór uchwalony...
Zatrzymał się Arkadiusz, chcąc wydobyć jakąś odpowiedź od kardynała; ale Cesarini siedział z oczyma spuszczonemi, rękę białą po stole przebierając i zdawał się tak obojętnym, jakby sprawa ta go najmniej nie obchodziła.
Grek, który postanowił go wybadać, nie poprzestał na pierwszej próbie.