Z żywą niecierpliwością oczekiwano gońca z Węgier, który miał dać znać o spodziewanem wkrótce rozwiązaniu. Z każdą chwilą wyglądano stanowczej wiadomości, na którą i posłowie węgierscy i królowa z trwogą oglądać się musieli.
Biskup Jan Segedyński jeden utrzymywał zawczasu, że gdyby nawet syn na świat przyszedł, nie mogło to zachwiać wyborem króla Władysława... Przewidzianem to było i przeznaczonem dla niego dział austryacki i Czechy... Polski król miał pozostać razem węgierskim...
Jednej nocy wreszcie zastukano do wrót zamkowych. Straż wołając o hasło dowiedziała się, że goniec ów od tak dawna już upragniony przybywał. Na Wawelu spali wszyscy, zbudzono tylko marszałka dwora Ryterskiego, a ten z listy i słownem doniesieniem, wszedł do Grzegorza z Sanoka, u którego jeszcze lampka się paliła, bo uczony ślęczył nad księgą.
Ryterski przychodził w niepewności co czynić miał, spytać mistrza, czy wypadało budzić królową dla posłańca z Węgier.
— Miły panie — rzekł wstając z za pulpitu mistrz — jeżeli jej macie co dobrego zwiastować, budźcie, jeżeli złe, nie spieszcie. Dowie się zawsze za wcześnie.
Cóż goniec przynosi?
Ryterski zżymnął ramionami.
— Narodził się pogrobowy syn Albrechtowi!
— Syn! — wykrzyknął Grzegorz. — Nie macież po co budzić królowę.
— Tak — odparł marszałek — wiadomość nie będzie pożądaną, ale trudno radzić na to...