Powracający Władysław, pomimo spóźnionej pory, zastał matkę oczekującą na siebie.
Oznajmiła mu bez przygotowania, stanowczo, iż wolą było wszystkich, zdaniem Rady, aby umowa utrzymaną została.
Zmarszczony, milczący, Władysław wysłuchał tego wyroku. Nie mógł się razem matce i wszystkim sprzeciwić, lecz okazał, jak był nierad postanowieniu temu.
— Moje więc szczęście i przyszłość nic tu nie ważą! — odezwał się.
Z pieszczotliwym wyrazem, głaszcząc go pod brodą, zbliżyła się matka...
— Będziesz szczęśliwym, będziesz wielkim i sławnym!! — zawołała. — Szczęście królów jest w ich potędze... i w błogosławieństwie ludów, a ciebie niejeden naród, ale cały świat chrześciański wielbić i wynosić będzie, bo mu poświęcisz siebie... Co dla ciebie znaczy ta kobieta!! — Ruszyła ramionami...
Nazajutrz powtórzyło się zrana to samo z biskupem i przedniejszymi panami Rady, którzy przyszli przekonywać, prosić, błagać, aby koronę przyjął...
Władysław był piętnastoletniem dzieckiem rycerskiem.
Daleko silniejszej woli i charakteru człowiek uległby był może takiemu naciskowi, natarczywości, domaganiu się, prośbom i pochlebstwom... Smutny, zawstydzony własną słabością król milczał, nie sprzeciwiał się już.
Głoszono, że przystał na wszystko. Wieść ta rozpuszczona po mieście, złamała tych, którzy popierać chcieli Władysława.