W tym wieku nawet, który w ogóle bujniejszym był i sprzeczności a wybuchów pełnym, Madziarowie Polakom wydawali się namiętniejszemi i gorętszemi, niż oni sami byli. Co chwila jakiś zuchwały wśród narad występował wniosek, który hamować musiał Zbyszek i polscy panowie. Panowie węgierscy zjednoczenia i uspokojenia chcieli dokonać siłą, polscy i król szczególniej, łaskawością i dobrocią.
Zgadzano się pozornie, ale Węgrowie w duszy pozostawali przy swych przekonaniach...
Wśród tych wielu przybyłych tu Taloczów, Peren’ych, Orszagów, Palouczów, Czakich, uderzał wybitną swą osobistością jeden mąż szczególniej, już wsławiony zwycięztwy wódz, którego postać rycerska, pełna szlachetnej powagi, odznaczała się bohaterskim jakimś majestatem.
Chociaż nie ubiegał się o okazanie swojego znaczenia i wpływu, widać było, że go uznawali wszyscy. Oglądano się na niego.
Mężem tym był Jan Huniady, który młodemu królowi i panom polskim, przy pierwszem spotkaniu, wydał się jakby głową i wodzem wszystkich. Wiedziano w polskim obozie, iż zdanie jego przeważyło przy wyborze Władysława. Przy rozprawach i układach teraźniejszych, Huniady nie występował czynnie i widocznie, był przedewszystkiem żołnierzem i dowódzcą, zdala tylko patrzał na zabiegi duchowieństwa i świeckich ludzi, mając ich na oku.
Jednego dnia, gdy się właśnie najgorętsze o przyszłą koronacyę Władysława toczyły rozprawy, Huniady z rana wszedł do króla, który oddawna zbliżyć się do niego pragnął.
Z zaufaniem i współczuciem jakiemś młody pan się zbliżył do niego, domyślał się w nim jednego z tych ludzi, z któremi sercem otwartem mógł się rozmówić.
Długie milczenie serce mu ugniatało, młoda pierś z trudnością znosi zamknięcie...
Byli sami. Grzegorz z Sanoka znajdował się opodal nieco, umyślnie usunąwszy się, aby poufnemu zbliżeniu się ich nie przeszkadzał.
Huniady przystąpił z twarzą wesołą i jasną, spodziewając się może, iż w młodym panu znajdzie niedojrzałe pacholę, które lada czem zabawiać potrzeba.