— Ani chybi — odezwał się — idziesz pewnie do szkoły.
— A dokądżeby jeśli nie do niej — odparł Grześ. — A juściż?
— Zkąd?
— E! zdaleka bardzo!
— A no, nie z Tatarszczyzny pewnie? — zaśmiał się starszy.
— Z Sanoka!
Chłopcy popatrzyli na się... Niewiele myśląc Grześ, pot z czoła otarłszy, przysiadł się do nich. Oba studenci oglądali go od stóp do głów, aż młodszy bąknął.
— Bosy!
— A tyś to w żółtych butach tu przyszedł? — przerwał starszy i zwrócił się do Grzesia.
— Umiesz-że choć obiecadło? — zapytał.