W kilka miesięcy po przybyciu do Krakowa, dnia jednego wychodząc z kościoła, w którym na chórze śpiewał, spotkał Grześ u drzwi stojącą i jakby oczekującą na kogoś starą Balcerową. Byłby ją pominął skłoniwszy się, bo mu pilno było, ale go sama zatrzymała.
— Patrzajcie niewdzięcznika! — odezwała się do niego — żebyś to choć zajrzał do nas?
Grześ ruszył ramionami.
— Roboty mam siła — rzekł chłodno.
— Nie plótłbyś, kiedy wiem, że u innych gościsz, u Keczerów i Sowki godzinami siadujesz? Córka i zięć prosili cię, ja także, i doprosić trudno. Masz co do nas??
— Uchowaj Boże — zawołał Strzemieńczyk zmięszany. — Byliście dla mnie jakby rodzice drudzy, sercem zachował wdzięczne.
— A okazać nam tego nie chcesz?
Grześ głowę spuścił. Przyparto go do ściany, zamyślił się i podniósłszy oczy, śmiało spojrzał na Balcerowę.
— Byliście mi matką — rzekł poruszony — nic dla was tajnego mieć nie chcę. Nie przychodzę do was, aby sobie serca i Lenie nie rozraniać, alboż nie wiecie, żem ją kochał i kocham? Trudno miłość utaić, a ludzie są źli...
Balcerowa trochę się zmięszała.