Na zamku wszakże, ani drzwi popsutych, ani w kaplicy nieładu nie dostrzeżono...
Pomimo pospiechu, wpół drogi popaść było potrzeba. Magyar z sań zdjął poduszkę i dla bezpieczeństwa położył na stole przed Niemką, aby ją ciągle na oczach miała...
Na tem niekoniec.
Noc już była czarna, gdy nadciągnęli nad brzeg Dunaju, naprzeciw Komorna. Tu rzekę po lodzie przebyć było potrzeba...
Puszczono się wprost, nie przypuszczając, aby lód mógł osłabnąć.
Wtem na samym środku rzeki, wóz, na którym jechały dziewczęta królowej, załamał się.
Krzyk, trwoga, popłoch niesłychany. Kottanerin nie o sługi, nie o księżniczkę szlązką, ani o siebie nawet nie chodziło, ale o tę, z trudem takim zdobytą, oczekiwaną tak niecierpliwie przez królowę koronę, od której w przekonaniu jej, losy potomka zawisły!
Prawdziwym cudem, nie utonął jednak nikt, dziewczęta się na sanie przesiadły, korona ocalała2.
Oto i zamek w Komornie, a w oknach światło u królowej, która się modli, rozpacza i płacze...
Elża przez cały ten dzień z największym niepokojem wyglądała powrotu sługi, a gdy ją oznajmiono, przywitała okrzykiem radości. Kottanerin chwiejąc się osłabła, niosła swej pani poduszkę!