Balcerowa trochę się zmięszała.

— Kochaliście się dziećmi — rzekła powolnie i niewyraźnie — no, to cóż? została przyjaźń... Lena za wami tęskni... ciągle was wygląda, przypomina i widzieć żąda... Bez złej myśli, jako przyjaciel i brat, czemubyście przyjść nie mogli??

Zatrzymała się trochę stara i dodała głosem cichszym jeszcze...

— Choruje, Bóg widzi z tęsknoty za wami... Nie dziwaczcie...

Grześ jeszcze chciał coś mówić, ale stara go za rękę pochwyciła i dodała żywo.

— Przyjdźcie a prędko. Powinniście...

I odwróciwszy się odeszła.

Grześ stał chwilę jak upojony, i zebrawszy myśli nierychło, z głową zwieszoną do domu się powlókł.

Tego dnia jednak do Balcerów nie przyszedł. Nazajutrz w biały dzień, bo mu się to właściwszem zdało, zjawił się we dworku.

Zastał Lenę z matką, starego Balcera i męża nie było. Zobaczywszy go stara, aż do progu podeszła witać i usadowiwszy przy córce, sama z izby się wysunęła.