Półkoza głowę tarł.
— Sprawę taką — odezwał się, — lepiej by babie niż mnie powierzyć.
Krzyżan sierdzisty, ja też, od słowa do słowa, bez guza by się nie obeszło...
Werchańcowa wtrąciła prędko.
— Tylko nie mnie tam ślijcie! Ja nie pójdę!
— To poślij djabła! — wykrzyknął Biskup namiętnie. — Róbcie co chcecie, abym od tego szatana wolnym był...
Czas nadchodził, w którym Biskup musiał się swym gościom ukazać. Ułożywszy twarz, aby gniewu na niej znać nie było, wyszedł posępny...
Wit i Werchańcowa zostali w komorze, spoglądając na siebie.
— No — bąknął Półkoza, — myślcie co robić...
— Sprawa nie moja — odparła Zonia, — ty głową nadrabiaj. — Ja znać nie chcę.