W mieście, w ulicach, gdy się dwa oddziały spotykały, rzadko się bez zaczepek obeszło, niekiedy do mieczów się zrywano.
Gdy w gospodzie gdzie jedni się z drugiemi potłukli, a poszły skargi, czy na Wawel, czy do Biskupa, odgrażano się.
— Tego jeszcze mało.. to dopiero początek.. Co dalej, to lepiej będzie.
Powoli Biskup starał się ku sobie ziemian przygarniać i nowe mieszczaństwo krakowskie, które po najazdach tatarskich i zniszczeniu miasta, napływało tu ze stron różnych i osiadało.
W grodzie samym już teraz ziemianie krakowscy i rycerstwo miru tego i mocy niemieli, co za dawnych czasów. Coraz więcej niemców, ślązaków, rękodzielników, osadników powołania różnego gromadziło się tu na osobnem prawie swem siedząc, miasto zagarniając i rządząc się po swojemu.
Było już naówczas widać, co się wkrótce potem objawiło dobitniej, że Kraków a ziemia krakowska stały się dwiema rzeczami różnemi. Ziemianie czuli się tu prawie gośćmi, gdy niedawno gospodarzami byli.
Niemcy tak tu, jak po innych miastach większych, zwłaszcza na Ślązku, garnęli wszystko pod siebie. Tubylców starych mało było, a ci ani bogactwy, ani zapobiegliwością przybylcom sprostać nie mogli.
Wprawdzie niemców tych więcej po stronie Bolesława stało, który ich tu osadzał, niż Biskupa co obcych nie lubił.
Kraków na tatarskiem zgliszczu budował się inaczej, zmieniał, rosnął, mocniej obwarowywał, lecz dawne swe tracił cechy i do miast niemieckich coraz się podobniejszym robił. Biskup rzadko tu siedział, zbyt na widoku nie chciał być, nie na rękę mu było, gdy przybywających doń ludzi liczono, wytykano i każdy ruch jego śledzono.
Wolał w Kunowie, albo innej wsi kościelnej gościć, bo tam swobodniejszym był, wymykając się na dni kilka i kilkanaście pod pozorem łowów, Bóg wie dokąd.