— Ty do Rzymu, braciszku, a moje rękopisma na cztery wiatry! na myszy!
— A! tak źle nie będzie, ojcze mój, — odparł ksiądz Janko — znajdzie się przecie ktoś, co mnie zastąpi!
Staruszek, któremu się na płacz zbierało, powtórzył z boleścią:
— Codexy moje! Miserere Domine! Miserere!
Kanonik Janko w ramię go pocałował; nie mówił nic, ale mu się dziecinnem zdało o kodexach myśleć i dekretaljach, gdy kościół gorzał.
Nazajutrz po tej naradzie, zwykły poseł w takich razach, strojny, rumiany, wesół, rubaszny ks. Szczepan się zjawił u księdza Jakóba, Biskupa prawa ręka, zausznik i gorliwy obrońca.
Twarz miał nad podziw wesołą, jak gdyby na świecie żadnego powodu do strapienia nie było.
— A co? księże prałacie, — zawołał głośno całując go w ramię. — Jak tam zdrowie? Ksiądz Biskup się o nie troskliwie dowiaduje.
Stary spojrzał z ukosa, jakby powiedzieć miał — Zkądże ta łaska? i rzekł krótko:
— Dogorywam! O zdrowie tam nie pytać, gdzie życia ledwie drobinka.